- Zostaw go!! - krzyczała
Z pyska wilka wydobył się dźwięk podobny do śmiechu ale bardzo osobliwego.
- Co się śmiejesz, gdzie jest Fede. Wiem, że mnie rozumiesz.
Zwierzak tylko się zamachnął ogonem i nachylił się nad Verdasem. Łapą machnął nad jego twarzą.
Leon chciał coś powiedzieć ale zabrakło mu sił, 10 minut walki z przerośniętym wilczurem wykończyło go. Nie mógł nawet ruszyć palcem u nogi.
- Leon!!!!! - krzyknęła Violetta kiedy zwierze przejechało pazurami po ramieniu chłopaka.
Dziewczyna podbiegła do szatyna i pociągnęła go do tyłu.
- Słyszysz mnie? - powiedziała nachylając się nad twarzą chłopaka.
Odpowiedziała jej tylko cisza. Ponowiła pytanie tylko głośniej, znowu nic. Spróbowała jeszcze raz jednak i tym razem nie otrzymała odpowiedzi. Pod wpływem emocji z jej ust wylał się potok przekleństw.
- To przez ciebie! - wrzasnęła w kierunku wilka. - Jak mogłeś go zranić!? Jesteś potworem! Zraniłeś Leona i zrobiłeś coś z Fede! Jednak rozumiesz mnie jesteś jakiś wytresowany? Zresztą co ja się pytam i tak mi nie odpowiesz. Jesteś tylko zwykłym okrutnym zwierzęciem.
Dziewczyna ostatni płomyk wściekłości wyładowała waląc wilka w pysk. On tylko zaskomlał i skulił się z bólu.
Violetta odwróciła na chwilę głowę a gdy wróciła do poprzedniego ustawienia na miejscu gdzie wcześniej leżał wilk był człowiek. Szatynka rozpoznała w nim brata, własnego brata. Miał na sobie tylko bokserki i podkoszulkę.
- Fede?
- Cholera jasna, mój nos.
Kiedy chłopak uniósł głowę całą twarz miał zalaną krwią z nosa.
- Violetta ja...
- Nie zbliżaj się do mnie. Jesteś potworem.
- To nie tak jak myślisz, ja po prostu jestem trochę inny niż ty.
- Trochę! Trochę! Jesteś kłamliwym podziemnym.
- Skąd znacz to określenie?
- Jakbyś interesował się tym co czytam wiedział byś.
- Proszę cie podaj tytuł!
- Nie sam się domyśl, nie pomagam mordercom.
- Ale ja nikogo nie zabiłem.
- To dlaczego on nie odpowiada!?
- Bo jest nieprzytomny. Zaraz się ocknie.
- Potwór.
Fede tylko westchnął i przyznał siostrze w myślach rację. Był potworem zranił własnego przyjaciela. Skrzywdził go, zadał mu ból. Nie był godzien się nazywać siebie bratem Violetty Castillo i przyjacielem Leona Verdasa. Nie wiedział, że jest taki dziki.
Kiedy brunet myślał jego sistra klęczała przy ciele Leona.
- Proszę cię odezwij się. Rusz się zrób cokolwiek. Leon błagam. - powiedziała i położyła głowę na jego koszuli mocząc ją łzami.
- Violetta? - powiedział zdziwiony Leon gdy się przebudził.
- Obudziłeś się. Nie wiesz jak się martwiłam.
- Już dobrze. Auuuu jak boli! - krzyknął gdy chciał unieść ramię.
- Cholera zapomniałam o twoim ramieniu zaraz przyniosę bandaże.
- Vilu nie potrzebuje bandaży zaraz wszystko będzie dobrze.
- Ale podrapał cię ten, ten potwór.
- Violetta to twój brat i masz się tak o nim nie wyrażać.
- Ale on cię skrzywdził.
- Nie pierwszy raz. Wiedziałem kim się stał i liczyłem się z tym, że może wybuchnąć. To moja wina, gdybym się nie kłócił to by nic się nie stało. On tego nie chciał, nienawidzi się za to kim jest. Nie pogarszaj sprawy.
Szatynka zrobiła wielkie oczy, ale nie dlatego, że słowa Leona ją zabolały tylko dlatego, że jego rana zaczęła powoli znikać.
- Nie bój się. Jak jesteś niezwykły tak się dzieje. - powiedział uspakajającym tonem szatyn.
Violetta nie wiedziała co się dzieje. Czuła się jak w środku jakiejś telenoweli. Wszyscy dookoła niej byli inni niż normalni ludzie. Tylko teraz nasuwa się pytanie kim jest Leon?
- Kim ty jesteś? To znaczy czy ty... no kurde...no - mówiła półgłosem Viola.
- Aniołem tyle, że upadłym.
- Ale jak?
- Można powiedzieć, że jako 13 latek miałem dość życia anioła i zbuntowałem się. Za karę zesłali mnie na ziemię razem z moimi rodzicami bo mnie poparli. Odebrali mi tylko nieśmiertelność niczego innego dlatego moje rany szybko się goją. Mieliśmy przywódcę głównego Anioła, któremu tylko przestrzeganie prawa w głowie. Miał na imię Ismael.
Szatynce się zrobiło słabo, dostała za dużo informacji na raz. Zakręciło jej się w głowie i straciła przytomność. Przez długi czas dziewczyna mimo starań chłopaków nie odzyskiwała świadomości. Była w innym świecie. Świecie pełnym magii. Widziała w nim Leona z pięknymi czarnymi skrzydłami. Ona była ubrana w czerń, a na jej ciele były dziwne czarne znaki. W jej ręce spoczywał jeszcze dziwniejszy przedmiot. Wyczuła w kieszeni coś twardego i ostrego, gdy to wyjęła w jej ręce pojawił się nóż.
Pomimo późnej godziny na lotnisku stoi młody Hiszpan. Od równej godziny czeka na taksówkę, która się wyraźnie spóźnia. Brunet zdenerwowany krążył w kółko z walizką. Kiedy podjechała taksówka był bliski ataku wściekłości.
- Proszę pana ile można czekać? - spytał.
- Przepraszam były korki.
Resztę drogi do domu chłopak spędził w ciszy. By przypadkiem nie palnąć czegoś głupiego.
Pod jego domem czekała na niego młoda dziewczyna. Była już w piżamie.
- Bella! Co ty robisz w piżamie o tej porze przed domem?
- Postanowiłam cię powitać braciszku. Jak tam było w domku?
- Dobrze a teraz otwieraj bo mam ciężką walizkę.
Diego i jego siostra spędzili jeszcze jakieś 15 minut na rozmowie. Potem jedno i drugie poszło już do łóżek.
Obojgu śniło się to samo, dom.
___________________________________________
No i macie rozdział. Wiem jest totalnie do kitu. A no i kto się spodziewał, że wprowadzę tu fantasty no kto?Pewnie nikt. Leoś upadłym aniołkiem, oj mój kochany buntownik. Violettę to łatwo odgadnąć z jej snu kim będzie. No i wprowadziłam Diego do obiegu i jego siostrę Bellę(imię wybrane niczym się nie sugerując). Jak wam się podobał zniosę wszelką krytykę, tylko ładnie sformułowaną.
Pozdro Carmenia
